wtorek, 24 listopada 2015

Praga - opera w dwóch aktach

Uwertura

Czeska Praga. Nigdy nie byłam, a zawsze bardzo chciałam. Śmiałam się, że zbyt blisko. 7 godzin jazdy samochodem. Prawie tyle co do Zakopanego albo nad morze. Doskonale się złożyło, że razem z moją przyjaciółką zostałam zaproszona na premierę Normy Belliniego do Praskiej Opery Narodowej. Przed nami do zagospodarowania były dwa dni, które skutecznie wypełniłyśmy nie tylko zwiedzaniem ale i dobrym jedzeniem.

Akt 1
Scena 1

Śniadanie w Café Savoy

Na samą myśl o wizycie w słynnej Café Savoy od razu się uśmiecham. Zlokalizowana w dzielnicy Mala Strana cieszy się niesłabnącą popularnością zarówno wśród turystów jak i prażan. W weekend nie sposób znaleźć tu wolne miejsce bez wcześniejszej rezerwacji. My trafiamy tam w tygodniu i szczęśliwie od razu mamy stolik. Siedzimy na antresoli z perspektywą na większą część kawiarni, zachwycając się wnętrzem, oglądając neorenesansowy sufit datowany na rok 1893 i podpatrując elegancko ubraną obsługę, która uwija się jak ulu z gracją i precyzją bez krzty chaosu czy zdenerwowania.
Otwieram kartę i od razu wpadam w lekkie uniesienie, gdyż oprócz zestawów śniadaniowych i innych porannych straw widzę obszerne menu herbaciane, na które składają herbaty Ronnefeldta i Mariage Frères prosto z Paryża. Jestem wielką fanką paryskiej herbaciani. Przekraczając jej próg można poczuć się jak w cesarskich Chinach XVIII wieku, kiedy herbaciarnie przeżywały swój największy rozkwit. Podobne wrażenie towarzyszy nam w Café Savoy, gdzie czas jak by stanął w miejscu. 
Zamawiamy śniadanie Savoy (jajko na miękko, ser, szynka, ciasto orzechowe, czekolada do picia), omlet Savoy z serem Gruyère oraz tosty francuskie z owocami. Do tego oczywiście herbaty. Kelner nieinwazyjnie informuje mnie, że w zestawie śniadaniowym przewidziano gorącą czekoladę. Upewnia się czy jestem przekonana do zamówienia herbaty, czy to oby nie za dużo płynów. Nie mam wątpliwości. Herbata musi być. Ani się obejrzymy jak lądują przed nami nasze zamówienia. Herbaty są już odpowiednio zaparzone, tak aby klient nie musiał się trudzić. Wszystko jest pachnące, świeże i przede wszystkim smaczne. Gorąca czekolada podbija nasze serca. Jemy ze smakiem a uśmiechy nie schodzą nam z twarzy.
W Café Savoy nie ma miejsca na przypadek. Wszystko jest dopracowane w najmniejszych szczegółach, począwszy od menu a skończywszy na strojach obsługi czy naczyniach, na których serwuje się dania. Restauracja należy do Grupy Ambiente (można ich nazwać grupą trzymającą władzę), która ma pod swoimi skrzydłami kilka z lepszych miejsc na kulinarnej mapie Pragi. Jeszcze jedna wizyta w ramach tej sieci przed nami.

Scena 2

Szybki lunch w Zebra Asian Noodle Bar

Praga Azją bogata. Mnóstwo tu knajp i knajpek z azjatycką kuchnią. Sklepy spożywcze prowadzą Azjaci. Znajome z Azji Południowo-Wschodniej smaki, przyprawy i warzywa atakują nas z każdej strony. Cieszy to bardzo bo obie jesteśmy fankami tamtego kulinarnego regionu świata. 
Spacerując w piękną pogodę, mając jeszcze w głowie Savoya, robimy krótki przystanek w Zebrze aby podładować akumulatory. W podtytule mamy Asian Noodle Bar więc zapowiada się dobrze. Makarony jednak odpuszczamy i decydujemy się na nasze ulubione zupy Tom Kha i Tom Yum. Nowoczesne wnętrze, kucharze pracujący na naszych oczach, wszystko fajnie. Ciut gorzej jest z jedzeniem. Małe miseczki średnich zup. Śmiejemy się z wielkości łyżek do zupy bo są naprawdę ogromne. Niepocieszone opuszczamy lokal nie mogąc doczekać się kolacji.
Scena 3

Kolacja w Sansho

Gdzie zjeść wyjątkową kolację jeśli jest się w Pradze 2 dni. W dniu przyjazdu czytam trochę stron praskich foodies. Wszędzie pojawia się to samo miejsce. Sansho! Wchodzę na ich stronę i widzę Asian Casual Fine Dining oraz Whole Animal Restaurant. No to mamy dobry początek. Czytam dalej i coraz bardziej chcę tam iść. Szef i jednocześnie właściciel restauracji Paul Day łączy w Sansho to co w moich oczach Praga ma najlepszego do zaoferowania, czyli bogactwo azjatyckich smaków połączone z wysoką jakością czeskiego mięsa. 
Ale pojawia problem, bo moi towarzysze nie jedzą mięsa :) Dzwonię więc do restauracji i ucinam sobie miłą pogawędkę na temat naszej krótkiej wizyty, olbrzymiej chęci odwiedzenia ich restauracji i tematu menu bezmięsnego. Wszystkie problemy rozwiązują się na poczekaniu. Udaje nam się dostać stolik, mięso w menu zostanie zamienione na owoce morza ... Zero problemów, dobry humor dopisuje.
Do Sansho docieramy tuż przed 18:00. Surowe wnętrze, przemysłowe lampy, polne kwiaty w wazonach i menu degustacyjne (wieczorami to jedyna możliwość).
Zaczynamy kolację od wody z ogórkiem i lampki wina. Jako pierwsze pojawia się przed nami sashimi z łososia w oleju sezamowym. Delikatność łososia podkreślona olejem, paseczkami imbiru, szczypiorkiem, sezamem oraz czerwonym pieprzem rozpoczyna tą wyjątkową podróż. Jak drugie dostajemy Sansho Frito Misto panierowane kawałki owoców morza podbite kolendrą. Smakuje umiarkowanie ale i tak czyścimy talerz. Kolejne objawienie to sałatka z wędzonego w herbacie jaśminowej pstrąga z zieloną papają i karambolą. Nasze zmysły pracują już na najwyższych obrotach, a to dopiero początek. Następnie wegetarianie dostają okrę z tofu i sambalem, a przede moimi oczami pojawia się danie, które na bardzo długo pozostanie w mojej głowie. Boczek z arbuzem. Brzmi dziwnie /smakuje obłędnie. Boczek pachnie świątecznym piernikiem, a arbuz poraża intensywnością swojego koloru jak by go ktoś sztucznie podrasował. Całość rozpływa się na języku dając endorfinowego kopniaka. Potem przychodzi czas na kraba z majonezem wasabi podanego w bułce przypominającej pampucha. Podobno to ich najbardziej popularne danie w nas nie budzi aż tak dużych emocji. Czas na danie główne czyli panang curry z jagnięciną, plackami roti i konfiturą z cebuli. Delikatność mięsa nigdzie dotąd niespotykana cieszy podniebienie. Wegetarianie jedzą curry z owocami morza i warzywa z patelni. Z powodu braku deseru w naszym menu degustacyjnym, właściciel przynosi nam pączki z sąsiedniego lokalu, którego również jest właścicielem i do którego zaprasza nas na krótką wycieczkę. Dzielimy się naszymi spostrzeżeniami i zapraszamy do Warszawy. 
Sansho jest naprawdę warte polecenia. Czuliśmy się tam doskonale, swobodnie, dopieszczeni smakami.



Akt 2
Scena 1

Śniadanie w Café Imperial

Podobno o wpływy w śniadaniowym świecie Pragi walczą Café Savoy, Café Louvre i właśnie Café Imperial. Savoy za nami. Na drugą śniadaniową wizytę wybieramy kolejną słynną lokalizację - Imperial. Złotem opływające, przebogate wnętrze Art Noveau onieśmiela. Trudno poczuć się swobodnie. Jeśli chodzi o jedzenie to nie pojawiają się ani ahy, ani ohy. Jajka po benedyktyńsku są podane na olbrzymiej bułce z gigantycznym plastrem szynki. Jajka na miękko podane ze szczypiorkiem i parmezanem okazuję się bardziej trafione choć nic w nich nadzwyczajnego nie znajdziemy. Pieczywo nie zachwyca a kawa jest po prostu słaba. Delikatnie rozczarowani opuszczamy tą pompatyczną przestrzeń.

Scena 2

Obiad w Inchnusa Botega Bistro

Znowu Mala Strana ale tym razem przenosimy się na Sardynię. Przytulny lokal z codziennie zmieniającą się kartą. W restauracji można również kupić wina, oliwy, sery czy szynkę sprowadzaną prosto z Sardynii. 
Pomimo, że codziennie zmienia się menu, niektórych pozycji w karcie brakuje jak chociażby bruschetty z kurkami, na myśl o której zaczęłam nerwowo przełykać ślinę. Nie poddajemy się jednak. Zamawiamy suflet z dyni na sosie z czerwonego wina, grillowane kałamarnice z sałatą, figami i bruschettą z tapenadą, linguini z mulami i tiramisu na deser. 
Jest klimat, jest smak i nie ma czego żałować. 

Scena 3

Kolacja w Cestr

W budynku Muzem Narodowego mieści się Cestr. Kolejna z restauracji zrzeszonych w Ambiente Group. Tu rządzi mięso!!! Udajemy się tam tuż po premierze w Operze Narodowej. Jesteśmy tuż przed zamknięciem ale jeszcze udaje nam się złożyć zamówienie. Jest późno więc jemy z umiarem. Zamawiam tatara, którego serwują z chipsami i chlebem z czosnkiem. Oj jak ja lubię surowe mięso. Tatart w Cestr nie zawodzi. 
Nie mogę oprzeć się deserowi jakim są lody z ciemnego piwa ze śliwką i spienionym karmelem. Podane dosyć tandetnie w kuflu od piwa rekompensują prezentację smakiem.
Do Cestr trzeba jednak wybrać się na steki bo tym szczyci się ten lokal. Warto też zajrzeć w drodze do toalety na przeszklony pokój rzeźnika bo jest to niewątpliwa atrakcja tego miejsca.

Ciekawostka

Moim małym praskim odkryciem jest wypity w Cafe de Paris napój z kwiatów czarnego bzu. Jeśli traficie gdzieś na napoje Belvoir pochodzące z Leicestershire w Anglii zamawiajcie w ciemno!!! 

Praska przygoda za mną. Ten tekst dedykuję Dominice i mam nadzieję, że jeszcze nie jedna taka kulinarna przygoda przed nami.

I na koniec przydatne informacje:

Cafe Savoy: www.cafesavoy.ambi.cz
Sansho: www.sansho.cz
Cafe Imperial: www.cafeimperial.cz



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz